Kiedy wchodzę na scenę... Koty płaczą.
Miliard czerwonych zakreśleń w zeszycie od polskiego,
milion przeczytanych książek i artykułów,
tysiące zapisanych kartek, karteczek i notatników,
trzy pamiętniki
i dwa blogi do kosza później…
Pewnego pięknego dnia dziewczyna z wielkiego miasta
postanowiła reaktywować bloga (w sumie założyć nowego, jednak to tylko
szczegóły!).
Ale o czym tu pisać? Hmm…
Internet rozwinął się przez te naście lat.
Ludzie wpadli na genialne i mniej genialne tematy.
Blogi powstawały, rozwijały się i upadały…
Ale no pressure.
Dam radę.
Od jakiegoś czasu chodził mi po
głowie pomysł stworzenia bloga z felietonami.
Jednak co z tematem przewodnim?
A może pisać o wszystkim (tzn. o niczym)?
Dlatego rozwiązanie było tylko jedno
(poczułam się teraz jak bohater filmu, naprawdę!)…
Pisać o swoim życiu w Metropolii.
Na tym najlepiej się znam.
Wiem, co wkurza, a co cieszy (chociaż
czytając wypociny trolli na trójmiejskiej stronie informacyjnej, mam
wątpliwości).
A nazwa bloga?
Ups! Podobno to najważniejsze.
Długo myślałam i myślałam (teraz
rozumiem speców od haseł reklamowych)…
Aż w końcu padło na prostą nazwę
Stacja Gdańsk.
Mam nadzieje, że nawet jeśli przejazdem,
wpadniecie na chwilę na kawę. ;)
Tak właśnie, niepozornie, bez
blichtru i czerwonego dywanu (to tylko na Oscarach), powstał mój pierwszy post.
XOXO
Komentarze
Prześlij komentarz